piątek, 4 września 2009

Muka



Muka (1991)


Strona A:

Kundziaba
Kolęda
Wolny
Hiszpański
Czarny Baron
Walczyk
Kung-Fu Fighting
Strona B:
Głupi
Szkocki
Kultowy
No Demonstration
Szczepanik
Slazy

Zespół:
Borys Hanczewski - voc
Michał Kozak - guit.
Karol Krzymiński - drums
Grzegorz Małkowski - guit
Piotr Sawczuk - trumpet
Leszek Slazyk - bass
Goscie:
Virginia Roaf - voc.
Tomek Bonarowski - trumpet
Krzysiek Cybulski (Hektor) - violin
Jozek Kaniecki - violin
Jarogniew Milewski keybords
Sławek Porębski - voice, percusion
Realizacja nagrań: Jarogniew Milewski, Tomek Bonarowski
Materiał zrealizowano w MODERN SOUND STUDIO Gdynia 1991
Projekt okładki - Kuba Wojewodzki, zdjęcia - Darek Majewski

http://rapidshare.com/files/275772694/Marlin_monroe-Muka.rar

P.s
Materiał pochodzi z portalu "W matni"

9 komentarzy:

gLan anoNim pisze...

z haslem cos nie tak..

Piotr K. pisze...

"m" mi się zacina na klawiaturze, trzeba kupić nową, hahaha.
Tak więc hasło brzmi: tocoigra

----------------------------------
też fajne hasło takie ruskie

Analogowe ucho. pisze...

E tam nową, (choć 20 - 30zł to żaden pieniądz, na ale jaka to satysfakcja, kupić? heh.) Rozkręcić, łatwe.... i oczyścić, przedmuchawszy ;-) plus jeszcze, przy okazji, przemyć plastikowa wkładkę z klawiszami, bo przeca brudne jest ;-)

Heh, warto rozkręcić, nawet jak się nową kupi, bo tam jest historia, heh, widać jak na dłoni cośmy jedli i pili nad klawiaturą.

Warto!

Analogowe ucho. pisze...

brudna jest, ups

Analogowe ucho. pisze...

Kapitalny tytuł płyty. Muka. Zapomniałem o tym, heh, jak to określić, powiedzeniu? Zagrywce? Muka mówiłeś, a ten do którego mówiłeś, jak odpowiadał? Nie pamiętam, jak to było? Zapomniałem, wdzięczny byłbym gdyby ktoś przypomniał.

toller pisze...

Filipek, a ty czemu nie żujesz?

Anonimowy pisze...

prawdziwa cnota krytyk się nie boi rzekł był klasyk. żeby jeszcze krytyk wiedział co pisze i o czym pisze.... jako uczestnik fenomenu p.t "marilyn monroe" śmiem twierdzić, że było to zjawisko absolutnie wyjątkowe wśród podmiotów występujących na krajowych scenach. było bowiem miksturą niewiarygodnie odmiennych osobowości i gustów muzycznych, co pewnie spowodowało, że grupa była, niestety, efemerydą. dominantą kompozycji zespołu była MELODIA, rzecz abstrakcyjna dla większości polskich wykonawców niezależnych z lat 80-tych. my słuchaliśmy pilnie tego co robił w połowie lat 80-tych clash, jak ewoluował new order, wiedzieliśmy co robi steel pulse, black uhuru, ale też wiedzieliśmy kto to był the who lub na przykład satchmo. inspiracją dla nas była teraźniejszość lat 80-tych, ale i tradycja lat 50-tych, czy 60-tych.

wiedzieliśmy, że zasadniczą różnicą pomiędzy PIOSENKAMI stąd a PIOSENKAMI stamtąd był brak melodii. piosenki beatlesów, the who, aswad, grace jones, the clash, the untouchtables, the curiosity killed the cat, the soft cell, daf, trio, everything but the girl itd, itp, to były melodie, które powodowały, że nie musisiałeś rozumieć słów, znać języka, ale chwytałeś i pamiętałeś kawałek. u nas w polszcze zakładało się, że ładna melodia jest synonimem komercji...

wracając do recenzji:
okładkę zrobił k.w. bez zgody zespołu. my przesłaliśmy do firmy, w której pracował k.w. projekty wykonane przez dzieci z ogniska plastycznego w gdyni orłowie. przepiękne obrazki, mam nadzieję, że kiedyś pojawią się jako okładka wydawnictwa.
brzmienie: cóż, jarogniew milewski przyuczał się na nas do zawodu. z liroyem już poszło mu lepiej.
na kung fu fighting śpiewał krzysiek cybulski z gdyńskiego zespołu "hector". to, że krytyk nie usłyszał różnicy w barwie głosu może jedynie świadczyć o jego kwalifikacjach.
w numerze "szkocki" miał zaśpiewać bob geldof, ale niestety na drodze stanął jego agent. bob był wystarczająco pijany, żeby się dać wyciągnąć z kasyna w sopocie na wódkę w gdyni. ale agent był trzeźwy jak szkło. zostały chórki, śpiewane słabym angielskim przez virginię woolf rodem z edynburga. no tak, ona szkotka, z angielskim pewnie była na bakier programowo...
a wierszyk "lubię deszcz", to tekst piosenki z lat 60-tych o tym właśnie tytule. namysłowskiego to była piosenka. a śpiewał ją taki człowiek z gdyni, z naszego miasta, w głębokich czasach komuny, pod skrzydłami pana franciszka walickiego i pod pseudonimem marek tarnowski. taki nasz hołd miastu, ludziom, czasom. to dzięki nim w garażu na kwidzyńskiej mogliśmy robić to wszystko co robiliśmy.
z pozdrowieniami,
slazyk
leszek@textilehouse.pl

Analogowe ucho. pisze...

A tytuł? Skąd ten tytuł?

Anonimowy pisze...

a tytuł? tak się mówiło na podwórkach w latach 70-tych. "muka", to dzisiejszy "wypad", czyli na przykład zakończenie omawiania bieżącej kwestii pod groźbą użycia środków pozawerbalnych ;-). czapki z daszkiem z nutrii, płaszcze z kołnierzem z futerka karakułowego, okulary fotochromy w grubej oprawie, wiśniowo-czarne buty na koturnie, muka, laksa, szlug, git... skondensowany urok lat 70-tych w prl-u.